„Avengers: Koniec gry” różni się od poprzednika tonem opowieści. Jednak sama historia rozpoczyna się zaledwie kilka dni po tragedii, która dotknęła wszechświat za sprawą wymazania połowy istot żywych przez Thanosa. Bohaterowie przy wsparciu Kapitan Marvel ruszają w przestrzeń kosmiczną, by odebrać Rękawicę Nieskończoności i rozprawić się raz na zawsze z przeciwnikiem. Jednak rzeczy nie idą po ich myśli. Po pięciu latach od tych zdarzeń spróbują jeszcze raz. Z tą różnicą, że tym razem ich misja będzie miała o wiele bardziej wyrafinowany charakter. Początkowo część z nich nie wierzy w powodzenie nowego, niemal niedorzecznego planu, ale stracili wszystko, więc nie zaszkodzi jeszcze raz spróbować naprawić to, co napsuł Szalony Tytan. Co zrobią? Czy im się uda? Jakie ofiary poniosą podczas misji?  

         Jeden bez drugiego nie istnieje. I chociaż tegoroczne widowisko prędzej czy później zahaczy o niemal wszystkie poprzednie produkcje Marvel Studios to bez znajomości przynajmniej poprzednika, lepiej zostać w domu. O ile można przeboleć lekkie pogubienie się w wątkach, jeśli nie widzieliście Avengers, drugiego i trzeciego Thora, pierwszego Iron Mana, wszystkich części Kapitana Ameryki, sequela Ant-Mana oraz historii znanej ze Strażników Galaktyki, o tyle nieznajomość Wojny bez granic sprawi, iż na dobrą sprawę ciężko wbić się w emocje bohaterów i ogarnąć, o co tak naprawdę toczy się „Koniec gry” (tak dosłownie, jak i w przenośni). Aczkolwiek kluczowa różnica pomiędzy trzecią, a czwartą częścią Avengers polega przede wszystkim na prowadzeniu akcji. Tam mieliśmy wielkie wydarzenie. Jedyne w swoim rodzaju w historii kina. Akcja goniła akcję. Bohater poganiał bohatera. Pomimo że gra toczyła się o wysoką stawkę, była to opowieść radośniejsza, nawet wtedy, kiedy myślę o tak przyziemnych sprawach, jak barwa zdjęć. „Avengers: Koniec gry” to totalna depresja rozłożona na mocno zarysowane akty. Jest smutno, jest szaro, a nadzieja, nawet jeśli jakaś przebąkuje to historyczny bezmiar beznadziei starannie z nią wygrywa.  
          Humor jest tym, co rozjaśnia nieco całą tę trwogę. Ten jak zwykle raz trafia, raz nie. Ja więcej razy się uśmiechnąłem, a nawet żywo zaśmiałem. Na początku mamy kilku, może kilkunastominutowy wstęp, a chwilę później obserwujemy, jak bohaterowie się zbierają i ruszają na najbardziej niedorzeczną i szaloną misję w dziejach. Później następuje niesamowita, największa w historii sekwencja batalistyczna, po której mamy uspokojenie w ramach zakończenia opowieści. Jest to jeden wielki spokój, gdzie spotykają się niemal wszyscy bohaterowie i mają chwilę na rozmowę oraz zadumę. Jednak nie wszystko poszło tak, jak trzeba. Niektóre wydarzenia wyskakują jak królik z kapelusza, żeby tylko pchać akcję dalej według zamysłu twórców. Nawet te blisko trzy godziny opowieści nie wystarczyły, żeby zmieścić wszystko, co autorzy chcieli nam pokazać. Miałem również momenty, w których bardzo szybko dochodziłem do tego, że nasi herosi mogli rozwiązać niektóre rzeczy lepiej. W końcu był czas na planowanie, a ja siedziałem w kinie tylko kilka godzin i podskórnie czułem, że największe umysły i mięśnie na Ziemi, nie zawsze wybierały najlepsze rozwiązania. Jednak najwyraźniej dla zwiększenia dramatyzmu trochę na wyrost robiono im pod górkę.  

           Film jest przepełniony efektownymi przygodami, pięknymi przyjaźniami i przede wszystkim daje ogrom satysfakcji po wyjściu z kina.  

 
 

                                                                                                        Krzysztof Basior, 3c 

 

i

Zajrzyj również do mediów społecznosciowych - jesteśmy tam.